Log 2. – Retrospekcje: Tydzień w Raju

Like

W tym logu zabieram Cię na długą wycieczkę. Wycieczkę, którą zafundowałyśmy sobie z moją najlepszą kumpelą Agą we wrześniu 2011 roku. Dawno 🙂 Byłam wówczas po długiej rehabilitacji (co m.in. widać po mojej „szerokości” 🙂 ) i chciałam spróbować ciut więcej. Miały być rowery, bagaż w sakwach, natura i konie. To było takie wstępne „liźnięcie” tematu sakwiarstwa oraz włóczęg rowerowych 🙂 Zrób sobie kawę, usiądź wygodnie i daj się zaprowadzić do innego świata – świata natury, dwóch kółek, iluś-tam-kopyt, braku pośpiechu i prostych przyjemności :). No więc, start!

***

Czasami tak bywa, że planując coś na zasadzie „co będzie to będzie” – wygrywa się los na loterii. Tak właśnie było z wyjazdem urlopowym, który zaplanowałyśmy z kumpelą na wrzesień. Wrzesień miał być wyjątkowo zimny, zaś my nie byłyśmy pewne swojej kondycji rowerowej, nigdy nie jeździłyśmy na rowerach z obciążeniem, nie wiedziałyśmy też jak będziemy się czuły w końskim siodle. Ale postanowiłyśmy. Że jedziemy we wrześniu na rowerach do gospodarstwa agroturystycznego, w którym są konie. Zdecydowałyśmy też, że chcemy się odciąć od cywilizacji w rozumieniu: brak kompów, netu, dzwoniących komórek i telewizji. Tylko natura, konie i my. Acha – i jeszcze żadnych chłopów :). Gospodarstwo znalazłam po przekopaniu internetu, wyglądało przyzwoicie, więc zrobiłyśmy rezerwację i zaplanowałyśmy urlopy w pracy. Zaopatrzyłyśmy się też w sakwy rowerowe, zrobiłyśmy przegląd rowerków. Wreszcie nadszedł ten piękny dzień gdy wyruszyłyśmy w trasę.

Poniedziałkowy raczej późny poranek, na spokojnie. Prognozy straszyły, że będzie lało, ale była przepiękna pogoda. Nie obyło się oczywiście bez utrudnień na drodze. Wszędzie coś budują, przebudowują, remontują.

W Kozłowie i „na Łanach” (w Łanach Wielkich) pół drogi rozkopanej na całej długości. Obowiązywał ruch wahadłowy na bardzo długim odcinku, w dodatku miałyśmy pod górkę. A TIRy ledwie się mieściły na wydzielonym pasie. Trzeba było co chwila schodzić do rowu by je przepuszczać. Panowie z TIRów wyraźnie doceniali ten gest, zdarzył się tylko jeden wariat w wielkim ciężarowcu, który pędził jak oparzony podczas, gdy pół koła mu wystawało poza asfalt. Mimo zejścia do rowu, sytuacja i tak była niebezpieczna :/

Za Sośnicowicami zaczęły się problemy z zasięgiem, nawet GPS świrował. Papierowa mapa turystyczna to dobry pomysł był 😉

Generalnie bardzo dobrze się jechało. Pogoda dopisywała, czasem było nawet upalnie jak na wrzesień. Dwie kobiety podróżujące na objuczonych rowerach wzbudzały raczej ciekawość, więc reakcje były sympatyczne, również ze strony kierowców. A że starałyśmy się w miarę możliwości na wąskich odcinkach z zawalonym przeciwnym pasem zjeżdżać TIRom na pobocze i je przepuszczać, to tym sympatyczniej było. Wystarczyło, że przystanęłyśmy na jakimś przystanku autobusowym w Rudach, by kierowca PKSu, który się na nim zatrzymał, zainteresował się czy się aby nam coś nie stało :).

Jazda z pełnymi sakwami charakteryzuje się tym, że trudniej się startuje i hamuje. Jak już się rowerek rozhula, to się toczy niemal własnym ciężarem :D. No i trzeba uważać przy wyjeździe z lasu gdy nagle uderza boczny wiatr.

Poniżej zapis trasy: Gliwice-Łabędy -> Kozłów -> Łany wielkie -> Sośnicowice -> Trachy -> Nowa Wieś -> Bargłówka -> Rudy -> Jankowice -> Szymocice -> Nędza Mała

***

Gdy dojeżdżałyśmy na miejsce, najpierw ujrzałyśmy konie na pastwisku, a potem piękny dom – dokładnie taki, jak wyglądał na stronie internetowej gospodarstwa. Przywitała nas miła gospodyni, zaprowadziła w miejsce, gdzie mogłyśmy „zaparkować” nasze maszyny i zdjąć sakwy. Zaprowadziła nas po robiących wrażenie drewnianych schodach odpucowanych na błysk do pokoju – był śliczny, przytulny i czyściutki. Łazieneczka, podobnie jak pokój, nówka i błysk. W oknach pokoju moskitiery! Widok na pastwiska. Dostałyśmy od razu zaproszenie na kawę i domowej roboty ciasto na tarasie gdy tylko się wykąpiemy. Miła pogawędka z gospodarzami przekonała nas, że znalazłyśmy się we właściwym miejscu, wśród otwartych, sympatycznych ludzi. A teraz zdjęcia „obejścia”, byście mogli poczuć klimat 🙂

***

Masę czasu spędzałyśmy na łące przy koniach. Zazwyczaj by zlokalizować którąś z nas, trzeba było wpierw zlokalizować konie. Były wyjątkowo przyjazne 🙂

***

A co z jazdą na konikach? Zupełnie inaczej się odbiera wysokość końskiego grzbietu gdy się jest dorosłym a nie 11-latką. Dorosły człowiek zdaje sobie sprawę, że jak zleci to z hukiem – dzieciak nie jest świadomy zagrożeń :D. Poprosiłam o najspokojniejszego i najniższego konia zatem i okazało się, że będzie to Ania, z którą złapałam tak dobry kontakt od początku.

Każda jazda zaczynała się od czyszczenia koni pod siodło, nauki siodłania i zakładania ogłowia. Byłam zaskoczona, ile siły potrzeba by dociągnąć popręg. Pierwsze jazdy na ujeżdżalni ukazały charrakterek Ani w pełni. Uparta skubana 😀 Ale ja nie mniej. Czułam się na niej bardzo bezpiecznie z uwagi na jej mocną i niższą budowę, jak przystało na haflingera. Toteż jej nie odpuszczałam i dość szybko się zorientowała, że jej sztuczki to raczej nie ze mną 😉 Zrobiłyśmy też sobie wypad w teren. Ale miałam stresa…Ale towarzystwo prowadzone przez statecznego i świetnie ułożonego Uno jakoś nie miało ochoty na nic nieplanowanego 😉 Tu dostałam już Luizjanę, której wyższa i smuklejsza budowa zdawała się informować bez ogródek „jeden fałszywy ruch i spadniesz” 😀 Pierwszy raz miałam okazję przemierzać las na końskim grzbiecie i szczerze powiem, gdy już pierwszy stres minął – było cudownie <3

***

Oprócz pięknych koników, miałyśmy do dyspozycji przepiękne tereny. Jest gdzie zarówno pospacerować, jak i pojeździć na rowerze. Zrobiłyśmy sobie wycieczkę do Raciborza oraz rezerwatu przyrody Łężczok. W Raciborzu trafiłyśmy na pewną młodą panią z rowerkiem, która zapytana o drogę, gdy dowiedziała się, że przyjechałyśmy na rowerach z Gliwic – zrobiła wielkie oczy i natychmiast opowiedziała nam gdzie co znajdziemy oraz że w Raciborzu mają 18 km ścieżek rowerowych wokół miasta. Odwiedziłyśmy Browar, Zamek Piastowski, posiedziałyśmy przy kawie na raciborskim rynku i pognałyśmy na wały nad Odrą, gdzie zaczynała się ścieżka rowerowa. Ścieżka REWELACYJNA! Gliwice się mogą pod tym względem schować :). Malownicze tereny, po prostu bajka! Swoją drogą, akurat tego dnia niebo było obłędne <3

Wracając z Raciborza, w Markowicach odbiłyśmy do Łężczoka. Woda, mnóstwo ptactwa, inny świat. Żałuję, że nie mam jeszcze teleobiektywu w aparacie. Ptactwo bowiem było wyjątkowo płochliwe mimo, że zachowywałyśmy się bardzo cicho.

Trasa wycieczki: Nędza Mała -> Babice -> Markowice -> Łężczok -> Racibórz -> Rezerwat Łężczok -> Babice -> Nędza Mała

W poniższym przewodniku na moim Traseo więcej zdjęć z lokalizacjami 🙂

***

Pogoda przez cały czas była wyśmienita – tylko jeden dzień był trochę deszczowy, ale wówczas…był taras, ciepłe poncho, gorąca kawka i książka.

W przeddzień naszego wyjazdu przyjechał pewien pan z sokołem by go puścić na łące. Imponujące ptaszysko gdy się je widzi na żywo z bliska 🙂

***

Wszystko co dobre jednak się kończy i nadszedł dzień wyjazdu. Był wyjątkowo zimny, od rana wisiała mgła a z nieba leciała mżawka. Nieprzyjemnie, ale cóż – po porządnym śniadaniu, pożegnaniu się z gospodarzami, zahaczyłyśmy jeszcze o pastwisko pożegnać się z konikami. No i w drogę!

Tym razem wybrałyśmy drogę przez Ostropę i Gliwice – aby ominąć rozkopane Łany Wielkie i Kozłów. Przy wietrznej i mżystej pogodzie nie było chęci do zwiedzania po drodze. Może innym razem 😉

Trasa powrotna: Nędza Mała -> Szymocice -> Jankowice -> Rudy -> Bargłówka -> Nowa Wieś -> Trachy -> Sośnicowice -> Chorynskowice -> Gliwice-Ostropa -> Gliwice-Wójtowa Wieś -> Gliwice-Łabędy

***

Przeżyłyśmy wspaniały tydzień bez komputerów, telewizorni, internetu, z wiecznie wyłączonymi komórkami rzuconymi gdzieś w kąt. Nawet zegarek nie było potrzebny. Gdy rankiem było słychać pierwsze rżenie za oknem – wiadomo było, że jest 8:01 :). Jedyne co dziwnie mnie prześladowało to wszędobylscy geodeci na każdym rogu. Nawet przez kilka dni dwóch panów geodetów nocowało w „naszym” gospodarstwie. To pewnie jakiś spisek bym nie zapomniała w jakiej branży pracuję :D.

Będę tęsknić za tym miejscem, ale i myślę, że będę tam wracać. Jeszcze nie zdarzyło mi się, by gdzieś tak o mnie dbano jak tam! Byłam tam barrrrdzo szczęśliwa :)) A wypoczęłam jakbym tam z miesiąc siedziała 😀 Wszystko to właściwie o rzut beretem. Cudze chwalimy – swego nie znamy 😉

Na zakończenie naszej podróży krótki film 🙂

 

Like